Strona główna / Prasa / Przegląd Prasy / Der Spiegel / Menedżerowie sumienia

Der Spiegel - szczegóły

Menedżerowie sumienia

2008-02-25

Sześć lat po starcie ciągle nie ma żadnych planów, według których można by było budować ten "inny świat"

Menedżerowie sumienia

Sześć lat po starcie ciągle nie ma żadnych planów, według których można by było budować ten "inny świat"
Zaczynali jako ruch protestacyjny, teraz globalizacyjni sceptycy przedzierają się drogą od krytyki do konstruktywności. Walka o lepszy świat wymaga biznesplanów. Bojownicy muszą się uczyć od Davos.
Filippo Addarii jest Włochem mieszkającym w Londynie. Pracuje z Nigeryjczykami, którzy mieszkają w Sztokholmie, zna Holendrów działających w Hongkongu, spotyka się z Niemcami, których los rzucił do Dżakarty, z Banglijczykami mieszkającymi w mieście swego urodzenia: Bolonii i z Duńczykami z Kairu, telefonuje do Brazylijczyków, których poznał w Mumbai. W jego BlackBerry zapisane są tysiące adresów, jest w pełni zglobalizowanym sceptykiem globalizacji, chwilowo nieco zdezorientowanym.

Zgubili się uczestnicy jego seminarium. Nie może ich znaleźć przy bramie 2 kenijskiego stadionu narodowego, gdzie demonstracja na rzecz prawa do ziemi południowoazjatyckich ludów rzecznych miesza się z wiecem przeciwko niegospodarności w Zimbabwe. (…)

Na kołyszącym się na szyi identyfikatorze delegata Addarii dla kaprysu wpisał jako nazwisko "Bóg", a miejsce zamieszkania "niebo". Jednak poza tą dziecinadą wszystko u niego wygląda profesjonalnie, albowiem profesjonalizacja, jak powiada Addarii, który ma dopiero 32 lata i już jest dyrektorem wpływowej brytyjskiej organizacji Acevo, jest dla organizacji społecznych potrzebą chwili. Gdy ten Włoch opowiada o siłach społeczeństwa obywatelskiego, o tzw. trzecim sektorze, czyli niepaństwowym i niekomercyjnym, robi wrażenie człowieka biznesu, konsultanta, pracownika McKinseya. Jego wypowiedzi nie mają nic wspólnego ze starym, dobrym "honorowym urzędem" czy inicjatywami obywatelskimi, które zza ustawionych w pasażach stołów do tapetowania rozdawały wyblakłe ulotki przeciwko głodowi na świecie.

Sekretarz generalny CIVICUS, Kumi Naidoo, podczas szczytu G8 w Moskwie, fot. AFP


"Inicjatywy muszą wreszcie same zacząć traktować się poważnie – mówi Addarii. – Muszą zrozumieć, jak ważna jest ich rola w świecie, w którym bogate państwa coraz bardziej wycofują się z finansowania zadań publicznych, podczas kiedy w biednych krajach sektor państwowy uporczywie zawodzi".

Społeczeństwo obywatelskie potrzebuje menedżerów znających się na swojej robocie, jego przedsięwzięcia wymagają polityki personalnej zasługującej na to miano, również bojownicy o prawa człowieka potrzebują biznesplanów, także ekolodzy muszą myśleć o fuzjach, o ekonomii. Również wtedy, kiedy nie chodzi o zyski w euro czy dolarach, lecz o to, co bezcenne: o właściwe działanie. (...)

Przy bramie 11, górny krąg, zakonnice szukają organizowanej przez franciszkanów dyskusji o dialogu międzykulturowym, ale w tym sektorze siedzi akurat panel "Rewolucyjni proletariusze" i dyskutuje o "Historii jako rezultacie walki klasowej". Siostry cofają się, chichocząc jak nastolatki. Przy bramie 7, dolny krąg, błąkają się Europejczycy pokolenia ’68, sami zresztą wkrótce będą mieli po 68 lat, a na T-shirtach nadal sierp i młot, Che Guevara i wietnamska gwiazda. Chcą, by Fundacja Róży Luksemburg poinformowała ich o "Kapitalizmie w Afryce", ale trafiają, w zależności od tego, jak się pomylą, albo na kampanię przeciwko kwiatom ciętym, albo na referat fińskich Młodych Socjalistów o "Modelu nordyckim", albo na prezentację planu pokojowego dla regionu Ituri w Kongo lub też mogą zostać świadkami akcji przeciwko Walmartowi, Coca-coli czy Shellowi, przeciwko nanotechnologii, manipulacjom genetycznym, George’owi Bushowi, G-8, Unii Europejskiej bądź Bankowi Światowemu.
Obserwowane z oddali, Światowe Forum Społeczne wydaje się pozbawionym oblicza mrowiem, dzikim karnawałem kultur. Jeśli jednak ktoś zada sobie trud, by przyjrzeć się dokładniej, dostrzeże jego strukturę i wiele różnych wartości. Oddolny ruch światowy, który na starcie przed sześcioma laty definiował się jako "przeciwwaga dla pomysłów i dyktatu imperializmu i neoliberalizmu", jest faktycznie wielobarwną koalicją, ale nie wszystkie kolory są jednakowo wyraźne.

Są organizacje profesjonalne, rzeczywiście działające globalnie, jak Amnesty International, Kampania przeciwko Minom Lądowym czy "Civicus", mające licznych członków, pomysły i pieniądze. Doroczne raportu Amnesty International od dawna są stałym elementem publicznej debaty, przeciwnicy min lądowych otrzymali pokojową nagrodę Nobla i również oni zaliczają się do ruchu, który we wszystkich językach wypromował hasło: inny świat jest możliwy.

Civicus, z siedzibą w Johannesburgu i Waszyngtonie, z oddziałami na całym świecie, był w stanie zorganizować w Rosji dyskusję organizacji obrońców praw człowieka z prezydentem Władimirem Putinem. Szef państwa naprawdę przyszedł i przez dwie godziny słuchał ich z ponurą miną.

Szef Civicusa Kumi Naidoo, Południowoafrykańczyk, który walczył jeszcze z apartheidem, przechadza się w Nairobi i ściska dłonie, jest gwiazdą tego ruchu, znaną także poza jego szeregami (...). Oczywiście nie każdy w Nairobi uważa to za oczywiste czy nawet pożądane. "Są tu ludzie, których to szokuje  – przyznaje Naidoo. – Pytają, co mi przyszło do głowy, że przyjąłem to zaproszenie. Ale nie dam sobie tego odebrać Uważam, że jeśli przeciągniemy w naszym kierunku chociaż 50 z tych potężnych ludzi, jeżeli sprawimy, że zaczną nas słuchać, to już będzie sukces".

Naturalnie Naidoo, członek hinduskiej mniejszości w RPA, dostrzega również zagrożenia. Nie może się zdarzyć, że władza potraktuje słabych tylko jak ozdobę. "musimy uważać, abyśmy z naszymi tematami nie zostali skolonializowani". Między Davos a Nairobi mogłoby jednak dojść do wzajemnego oddziaływania: światowi przywódcy mogliby dokładniej przyjrzeć się tematom przedstawianym przez naprawiaczy świata. A naprawiacze świata mogliby się nauczyć, jak nadawać formę ideom i przekształcać je w rzeczywistość.

Jako gruba ryba w ławicy zaangażowanych ratowników i pomocników Naidoo dokładnie widzi wszystkie słabości własnego ruchu. Sześć lat po starcie ciągle nie ma żadnych planów, według których można byłoby budować ten "inny świat". Ruch musi jednak znaleźć ścieżkę "from opposition to proposition", jak mówi Naidoo, od krytyki do konstruktywności. "Ciągle się powtarzamy. To niedobrze". (…)

Na trybunach stadionu, którego sektory podzielone są białymi namiotowymi płachtami i płytami styropianu na małe sale, krytykuje się w niezliczonych wariacjach różne przejawy globalizacji. Nietrudno wyodrębnić najważniejsze punkty: biedne kraje nie mają żadnych lub zbyt małe korzyści z globalizacji. Wielkie koncerny są tak potężne, że mogą dowolnie dyktować swoje warunki państwom, zwłaszcza tym słabym. Międzynarodowe organizacje, jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a także Unia Europejska, nie służą krajom rozwijającym się, lecz interesem Północy, a ich polityka niszczy, zamiast wspierać lokalne rynki i lokalne kultury.

Nie trzeba wcale być radykałem, aby odkryć w tych tezach sporo prawdy Wydaje się jednak, że nadszedł czas, w którym Światowe Forum Społeczne nie jest już potrzebne, aby prezentować je ludziom. Jeszcze kilka lat temu było zupełnie inaczej. Kiedy w Porto Alegre dyskutowano o zmianach klimatu, niedoborze wody, o zagrożeniach związanych z zieloną technologia genetyczną i niedostatkach międzynarodowych umów o wolnym handlu, rządy i liderzy gospodarczy woleli jeszcze myśleć, że wcale nie jest tak źle i że wolny rynek załatwi resztę. Teraz jednak poczucie zagrożenia stało się głównym nurtem, również dzięki Światowemu Forum Społecznemu i wygląda na to, że ruch osiągnął martwy punkt, że zaczął słabnąć.

Ta diagnoza w najmniejszym stopniu dotyczy licznych lokalnych grup, uparcie i niewzruszenie działających w swoich krajach, okręgach i wioskach na rzecz bardziej humanitarnego świata. Wraz z kościołami tworzą one trzecią grupę w ramach światowego ruchu społecznego i jest wiele powodów, by uznać ją za najważniejszą. Kobiety z Mali poświęcają się żmudnej walce z obrzezaniem dziewczynek. Aktywiści południowoindyjskiego stanu Andhra Pradesz walczą z pracą dzieci. Kenijczycy budują i prowadzą przedszkola oraz warsztaty w slumsach Nairobi. Młodzież z Malawi prowadzi walkę z ciągłymi powodziami w dorzeczu Thangadzi: czasami pogłębiają koryto rzeki gołymi rękami. W wielu spośród tych inicjatyw biorą udział Kościoły. Zwłaszcza w Afryce są siła dającą poczucie bezpieczeństwa, głównym aktorem społeczeństwa obywatelskiego. Ich zaletą jest, że nie są skazane na spektakularne kampanie, aby zdobyć skądś pieniądze. Działają same z siebie, powodowane wiarą, to daje stabilizację. Kościoły troszczą się jeszcze o ofiary Czarnobyla i tsunami, także teraz, kiedy tłum prywatnych wolontariuszy dawno już odjechał. (…)
Wkrótce Addarii weźmie wreszcie 20 szefów agencji, klubów i fundacji obywatelskich z Czarnej Afryki na swoje seminarium w pobliskim budynku szkoły. Będzie tam stał długi stół konferencyjny, a Addarri będzie zabiegał o większy profesjonalizm, o nawiązywanie kontaktów, o koncentrowanie się na konkretnych zadaniach, o większą siłę przebicia. I zaproponuje pomoc swej organizacji, Acevo, know-how wpływowej grupy, świeży kawałek pomocy rozwojowej, a Afrykanie będą sceptyczni, ale bardzo zainteresowani.

Grupa Addarri’ego rusza spod bramy 2. Z namiotu ekumenicznego kawałek dalej słuchać stłumiony chóralny śpiew, "Thank you, thank you, Jesus, merci, merci, Seigneur", ale na drogę wychodzi właśnie grupa Ugandyjczyków z bębnami, a od bram dwudziestych zbliża się hałaśliwy pochód feministek z całego świata. Przez chwilę wszystkie dźwięki mają taką samą siłę, nic już nie można zrozumieć.

Ullrich Fichtner

 

Drukuj